Spis treści
Policz kiedyś, ile czasu w Twojej firmie pochłaniają rzeczy, które trzeba zrobić, ale których właściwie nikt nie chce robić.
Przeglądanie skrzynki mailowej. Pisanie tych samych odpowiedzi po raz setny. Robienie notatek ze spotkań. Składanie raportu z danych, które trzeba najpierw wyprosić u pięciu różnych osób. Zbieranie liczb z kilku systemów, żeby w końcu zobaczyć, jak naprawdę stoi firma.
Nikt nie zatrudnia się po to, żeby to robić. A mimo to właśnie na tym schodzą całe dnie. Tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu.
To są czynności, które nie pojawiają się w żadnym opisie stanowiska, a pochłaniają więcej godzin niż niejedno kluczowe zadanie. I właśnie dlatego są pierwszym, naturalnym miejscem, w którym warto sięgnąć po sztuczną inteligencję.
Skrzynka, która sama się porządkuje
Zacznijmy od czegoś, co zna każdy. Poczta.
W jednej z firm przejrzenie skrzynki i przygotowanie prostych odpowiedzi zajmowało pracownikom od pięciu do ośmiu godzin tygodniowo. To prawie cały dzień roboczy. Co tydzień. Tylko na to, żeby ogarnąć maile.
Po wprowadzeniu rozwiązań opartych na AI ten czas spadł do kilkudziesięciu minut.
Nie wydarzył się żaden cud. Po prostu maszyna przejęła to, co dało się przejąć. Wiadomości są wstępnie filtrowane. Śmieci i reklamy, których serwer nie zakwalifikował jako spam, od razu lądują tam, gdzie powinny, czyli w koszu. Do każdej istotnej wiadomości czeka już przygotowana odpowiedź. Pracownik tylko ją czyta i klika wyślij. A tam, gdzie sprawa jest poważniejsza i wymaga dodatkowej pracy, czekają już wstępne projekty materiałów, które trzeba dołączyć do odpowiedzi.
Z ośmiu godzin tygodniowo zrobiło się kilkadziesiąt minut. Reszta wróciła do ludzi.
I tu pojawia się pytanie, które zawsze warto zadać. Co ci ludzie robią teraz z odzyskanym dniem w tygodniu? Bo to jest właściwa miara sukcesu, nie samo skrócenie czasu.
Spotkania, które obsługują się same
Drugi przypadek to coś, na co narzeka chyba każdy menedżer. Spotkania.
Nie samo spotkanie jest problemem. Problemem jest wszystko, co dzieje się wokół niego. Trzeba zrobić notatki. Trzeba wpisać ustalenia do kalendarza. Trzeba rozesłać podsumowania, przypomnieć o zadaniach, dopilnować, żeby nic nie umknęło.
Przy kilku spotkaniach to drobiazg. Przy kilkudziesięciu w tygodniu to osobna praca na pełen etat, tyle że rozsmarowana po całym zespole.
W tym przypadku udało się zautomatyzować całą tę obsługę. Notatki, wpisy do kalendarza, maile z podsumowaniami. Wszystko to powstaje teraz automatycznie, na podstawie samego spotkania.
Człowiek może w końcu w trakcie rozmowy słuchać i myśleć, zamiast gorączkowo notować i zastanawiać się, czy zdąży wszystko spisać. A po spotkaniu nie zostaje z górą administracyjnej roboty. Zostaje z gotowym podsumowaniem, które wystarczy przejrzeć.
Raport, który robił się trzy dni, a robi się godzinę
Trzeci przypadek jest moim ulubionym, bo najlepiej pokazuje skalę zjawiska.
Klient co kwartał przygotowywał raport dla zarządu spółki. Poważny dokument, na podstawie którego zapadały decyzje. Przygotowanie go zajmowało mu kilka dni. I nie był w tym sam. Angażował kilka innych osób, które dostarczały mu dane, zestawienia, cząstkowe raporty.
Policzmy więc realny koszt. Kilka dni pracy jednej osoby, plus czas kilku kolejnych, plus to, że przez te kilka dni wszyscy oni nie robili rzeczy, za które naprawdę im się płaci. I to cztery razy w roku.
Po wprowadzeniu AI przygotowanie tego raportu zaczęło zajmować godzinę.
Co więcej, raport stał się szerszy i lepiej dopracowany niż wcześniej. To ważny szczegół, bo łatwo pomyśleć, że automatyzacja oznacza pójście na skróty i gorszą jakość. Tutaj było odwrotnie. Mniej czasu, lepszy efekt.
I nie chodzi tylko o to, że człowiek przestał tracić energię na sklejanie danych. Chodzi też o samą interpretację. Bo wbrew temu, co lubimy o sobie myśleć, maszyna często czyta liczby lepiej od nas. Nie dlatego, że jest mądrzejsza, ale dlatego, że jest pozbawiona emocji. Nie ma ulubionego produktu, którego słabe wyniki podświadomie tłumaczy. Nie boi się pokazać szefowi danych, które mu się nie spodobają. Nie naciąga wniosków pod tezę, którą postawiła wcześniej. Widzi to, co jest, a nie to, co chciałaby zobaczyć.
Rola człowieka nie znika. Przesuwa się wyżej. To on decyduje, co z tymi wnioskami zrobić, jak je zważyć w kontekście, którego maszyna nie zna, i jaką podjąć decyzję. Ale surowa, beznamiętna analiza danych to akurat coś, w czym maszyna potrafi nas wyręczyć naprawdę dobrze.
Dane, które same przychodzą na maila
I wreszcie czwarty przypadek, najbardziej strategiczny.
Firma chciała podejmować decyzje w oparciu o dane. Monitorować trendy, śledzić, co się dzieje na rynku, zbierać informacje z wielu źródeł. Wszystko to brzmi rozsądnie i nowocześnie. Problem w tym, że robienie tego ręcznie pochłaniało ogromne ilości czasu. Tak duże, że w praktyce robiło się to rzadko, nieregularnie i pod presją.
A dane, które docierają za późno, przestają być podstawą decyzji. Stają się co najwyżej wyjaśnieniem, dlaczego coś poszło nie tak.
Automatyzacja zmieniła ten proces całkowicie. Teraz dane zbierają się same, z wielu źródeł, bez niczyjego udziału. Co tydzień na skrzynkę przychodzi czytelny raport. Podsumowanie sytuacji, najważniejsze trendy, a do tego ekspercki komentarz, który pomaga zrozumieć, co te liczby właściwie znaczą.
Bezobsługowo. Regularnie. Zawsze na czas.
To jest różnica między firmą, która zgaduje, a firmą, która wie. I nie chodzi tu o oszczędność godzin, choć ona też jest. Chodzi o to, że decyzje zaczynają opierać się na faktach dostępnych na czas, a nie na przeczuciach i danych sprzed kwartału.
To nie AI zabiera pracę. AI zabiera nudę
Widać tu pewien wspólny mianownik wszystkich czterech historii.
W żadnej z nich nikogo nie zwolniono. W żadnej maszyna nie zastąpiła człowieka. Maszyna zabrała ludziom dokładnie te czynności, które były powtarzalne, żmudne i nużące. Te, których nikt i tak nie lubił wykonywać.
AI nie zabiera pracy. AI zabiera nudę.
Pracownik, który nie spędza dnia na sortowaniu maili, ma ten dzień na rozmowy z klientami. Menedżer, który nie spisuje notatek, może naprawdę uczestniczyć w spotkaniu. Specjalista, który nie sklejał ręcznie raportu, ma czas pomyśleć, co z tego raportu wynika.
To jest właśnie sedno. Wartość człowieka w firmie nigdy nie polegała na przeklejaniu danych ani na pisaniu tej samej odpowiedzi po raz pięćdziesiąty. Polega na myśleniu, ocenie, relacji, decyzji. A na to wszystko przez lata brakowało czasu, bo pożerała go administracyjna mielizna.
Najpierw zrozum proces, dopiero potem go zautomatyzuj
Muszę tu jednak dodać jedno zastrzeżenie, bo bez niego ten tekst byłby tylko zachwytem nad technologią.
Żaden z tych efektów nie wziął się z samego kupienia narzędzia AI. Wziął się z tego, że najpierw ktoś zrozumiał, jak dany proces przebiega. Co właściwie dzieje się ze skrzynką mailową. Jak wygląda obsługa spotkania. Skąd biorą się dane do raportu i kto je dostarcza.
Dopiero kiedy proces jest zrozumiany, można sensownie zdecydować, którą jego część przejmie maszyna.
Automatyzacja nałożona na bałagan daje zautomatyzowany bałagan. Tylko szybszy. Jeśli proces przygotowania raportu był chaotyczny, AI nie zrobi z niego porządku. Najwyżej szybciej wyprodukuje chaos. Dlatego kolejność jest zawsze ta sama. Najpierw zrozumienie procesu, potem narzędzie. Nigdy odwrotnie.
To dlatego te wdrożenia się udały. Nie dlatego, że ktoś kupił modne rozwiązanie, ale dlatego, że najpierw przyjrzał się, gdzie naprawdę ucieka czas.
Od czego zacząć
Nie trzeba zaczynać od wielkiej transformacji. Wręcz nie warto.
Najlepiej zacząć od jednej, konkretnej czynności, która zżera najwięcej czasu i daje najmniej satysfakcji. Skrzynka mailowa jest tu zwykle świetnym kandydatem, bo dotyczy niemal każdego i efekt widać od razu. A kiedy zespół zobaczy, że to naprawdę działa, że ktoś realnie odzyskał kilka godzin tygodniowo, opór wobec kolejnych zmian po prostu znika.
Bo ludzie nie boją się tego, co ułatwia im życie. Boją się nieznanego. Pierwsze udane wdrożenie zamienia nieznane w oczywiste.
Warto więc zadać sobie to pytanie z początku jeszcze raz. Ile godzin tygodniowo Twoja firma oddaje czynnościom, których nikt nie chce wykonywać?
A potem policzyć, co dałoby się z tym czasem zrobić, gdyby nagle wrócił do ludzi.
Jeśli ten temat jest bliski Twojej firmie...
Na blogu dzielę się obserwacjami z pracy z przedsiębiorstwami oraz refleksjami dotyczącymi technologii, zarządzania i funkcjonowania organizacji. W wielu firmach podobne zagadnienia pojawiają się jednak nie tylko jako ciekawy temat do dyskusji, ale jako realne wyzwanie związane z rozwojem biznesu.
Jeśli w Twojej firmie pojawiają się pytania dotyczące organizacji procesów, wykorzystania technologii lub kierunku rozwoju projektów informatycznych, możesz skorzystać z mojego wsparcia doradczego.