Spis treści
Rozmawialiśmy o czymś, co w tej firmie działo się codziennie i nikomu nie wydawało się problemem. O przygotowaniu oferty.
Proces był ułożony. Ludzie wiedzieli, co robić. Nikt nie narzekał. Siedem dni na jedną ofertę było po prostu tym, ile to trwa. Liczbą tak oczywistą, że nikt jej już nie kwestionował.
W pewnym momencie zadałem jedno pytanie.
„Czy jeśli obecną sytuację, w której przygotowanie oferty zajmuje Państwa pracownikom siedem dni, zamienimy na taką, w której oferta powstanie w maksymalnie dwie godziny – to będzie dla Państwa w porządku?”
Klient nie odpowiedział od razu.
Najpierw pojawił się uśmiech. Szeroki, szczery, taki, którego nie da się udać ani ukryć. Uśmiech człowieka, który przez sekundę zobaczył coś, o czym wcześniej nie pozwalał sobie myśleć.
To była odpowiedź. Zanim jeszcze padło jedno słowo.
I właśnie o tym uśmiechu jest ten tekst. Bo on nie wziął się z zachwytu nad technologią. Wziął się z czegoś znacznie prostszego. Z nagłego rozpoznania, że siedem dni nigdy nie było potrzebne.
Siedem dni, które nie są siedmioma dniami pracy
Kiedy słyszysz, że przygotowanie oferty trwa siedem dni, w głowie automatycznie pojawia się obraz. Ktoś przez tydzień pochyla się nad dokumentem. Liczy, sprawdza, redaguje, dopieszcza. Siedem dni ciężkiej, skupionej pracy.
Tyle że ten obraz prawie nigdy nie jest prawdziwy.
Przyjrzyj się jednej takiej ofercie z bliska. Nie temu, co widać w kalendarzu, tylko temu, co dzieje się z nią naprawdę.
Pierwszego dnia trafia do kogoś, kto właśnie kończy coś innego. Leży. Drugiego dnia ten ktoś zaczyna szukać. Podobnej oferty sprzed pół roku, bo po co wymyślać od nowa. Znajduje trzy wersje i nie wie, która była tą finalną. Trzeciego dnia pisze do kolegi z pytaniem, jaką cenę daliśmy podobnemu klientowi. Kolega jest u innego klienta. Odpisuje wieczorem, ale niepełnie. Czwartego dnia trzeba zweryfikować jeden warunek, więc oferta znów czeka. Piątego ktoś inny musi ją zatwierdzić, a akurat go nie ma.
I tak dalej.
Gdyby zsumować w tym wszystkim czas, w którym ktokolwiek faktycznie coś tworzy, decyduje, myśli – okazałoby się, że to może dwie godziny. Reszta to nie praca. Reszta to czekanie i szukanie.
Siedem dni nie jest miarą wysiłku. Jest miarą dystansu między pytaniem a odpowiedzią.
To subtelna różnica, ale zmienia wszystko. Bo jeśli problemem byłby wysiłek, rozwiązaniem byłoby więcej ludzi albo więcej godzin. A jeśli problemem jest dystans, to dokładanie ludzi niczego nie naprawia. Czasem wręcz go wydłuża, bo pojawia się kolejna osoba, do której trzeba napisać i poczekać na odpowiedź.
Łódź nie stoi dlatego, że załoga wiosłuje za słabo. Stoi, bo nikt nie wyznaczył kursu i wszyscy czekają, aż ktoś powie, dokąd płyniemy.
Firma nie ma problemu z wiedzą
Teraz najważniejsze pytanie. Czego w tej firmie brakowało, żeby przygotować dobrą ofertę?
Niczego.
Wszystko już tam było. Poprzednie oferty. Ceny, które przeszły, i te, które klient odrzucił. Warunki, które sprawdziły się w praktyce. Wiedza człowieka, który siedzi tam od piętnastu lat i pamięta, dlaczego pewnych rzeczy się nie robi. Notatki ze spotkań. Ustalenia, które kiedyś zapadły i o których wszyscy zapomnieli, że zapadły.
Ta firma znała odpowiedź na każde pytanie potrzebne do stworzenia oferty. Znała ją wielokrotnie, w wielu wariantach, wypracowaną przez lata.
Problem nie polegał na tym, że czegoś nie wiedziała.
Problem polegał na tym, że nie potrafiła tej wiedzy szybko odnaleźć.
Bo ta wiedza nie leżała w jednym miejscu. Była rozsypana. Część w głowach ludzi, którzy akurat mieli urlop. Część w skrzynkach mailowych, do których nikt inny nie miał dostępu. Część w plikach o nazwach, które nic nie mówiły. Część w dokumentach, które ktoś zapisał na swoim dysku i o tym nie powiedział.
To nie jest wyjątek. To standard.
Zapytaj we własnej firmie, ile razy ktoś zrobił od zera coś, co już istniało – tylko dlatego, że szybciej było zrobić to jeszcze raz, niż odnaleźć poprzednią wersję.
Ile razy dwie osoby odpowiadały klientowi inaczej na to samo pytanie, bo każda pamiętała inny fragment ustaleń.
Ile decyzji zapadło wolniej, niż powinno, nie z braku kompetencji, tylko dlatego, że informacja potrzebna do ich podjęcia była gdzieś w firmie, ale nikt nie wiedział gdzie.
To jest prawdziwe wąskie gardło większości organizacji. Nie brak wiedzy. Odległość do niej.
I to jest miejsce, w którym firma naprawdę traci czas. Nie na myśleniu. Na szukaniu tego, co już przemyślała.
Nie chodzi o to, żeby napisać. Chodzi o to, żeby przestać szukać
W tym miejscu wracam do tego, od czego zwykle zaczyna się rozmowa o sztucznej inteligencji.
Kiedy większość ludzi myśli dziś o AI, myśli o tekstach. O tym, że narzędzie coś napisze, wygeneruje, sformułuje. I rzeczywiście potrafi. Tyle że to jest najmniej wartościowa część całej historii.
Napisanie oferty od zera to nigdy nie był problem tej firmy. Ich ludzie potrafili pisać oferty. Robili to od lat i robili to dobrze. Gdyby całą wartość sprowadzić do wygenerowania ładnego tekstu, nic ważnego by się nie zmieniło. Zamienilibyśmy siedem dni na sześć.
Prawdziwa wartość leży gdzie indziej.
Leży w tym, żeby wiedza, którą firma już posiada, trafiła do właściwej osoby w chwili, w której jej potrzebuje. Żeby zamiast trzech dni szukania podobnej oferty, ta oferta pojawiła się w kilka sekund. Żeby zamiast pytania do kolegi na urlopie, odpowiedź była od razu pod ręką. Żeby doświadczenie zgromadzone przez lata przestało być zależne od tego, kto akurat jest w pracy.
To jest różnica między generowaniem a wykorzystywaniem.
Generowanie tworzy coś nowego. Często zbędnego, bo firma już to miała.
Wykorzystywanie sięga po to, co istnieje, i skraca drogę do tego z dni do minut.
I dopiero teraz siedem dni robi się dwoma godzinami. Nie dlatego, że ktoś zaczął pracować szybciej. Dlatego, że zniknął dystans. Zniknęło czekanie. Zniknęło szukanie tego, co firma i tak wiedziała.
Oferta nie powstaje szybciej, bo maszyna pisze sprawniej od człowieka. Powstaje szybciej, bo człowiek przestaje tracić sześć dni na dochodzenie do informacji, które przez cały czas leżały w tej samej firmie.
To jest ta zmiana perspektywy, którą warto zabrać z tego tekstu. Największa dźwignia nie leży w tym, żeby produkować więcej treści. Leży w tym, żeby przestać szukać tego, co już się ma.
Decyzja nadal należy do człowieka
W tym miejscu pojawia się obawa, którą słyszę niemal zawsze. Skoro oferta powstaje w dwie godziny, to gdzie w tym wszystkim jest człowiek? Czy nie robi się z niego dodatku do procesu?
Jest dokładnie odwrotnie.
Wróćmy do tej oferty. Co tak naprawdę robił człowiek przez te siedem dni?
Przez sześć z nich szukał, czekał, dopominał się, klikał. Przez fragment siódmego robił jedyną rzecz, której nikt inny za niego nie zrobi. Podejmował decyzje.
Czy dać temu klientowi rabat, czy trzymać cenę. Czy zaufać, czy się zabezpieczyć. Jak potraktować kogoś, z kim jest się związanym od lat, a kogo sytuacja właśnie się zmieniła. Które ryzyko wziąć na siebie, a którego uniknąć.
Tego nie da się i nie powinno się nikomu oddać. To jest osąd. To jest doświadczenie. To jest odpowiedzialność, która ma imię i nazwisko.
I ta część nie znika. Ona zostaje w całości po stronie człowieka.
Zmienia się tylko to, co ją poprzedza. Człowiek nie dochodzi już do decyzji przez tydzień brnięcia przez chaos. Dochodzi do niej w dwie godziny, mając przed sobą wszystko, czego potrzebuje, zamiast gonić za tym po całej firmie.
Informacja przestaje być przeszkodą przed decyzją. Staje się jej podstawą.
Technologia nie podejmuje wyboru. Skraca drogę do momentu, w którym człowiek może go podjąć – spokojnie, świadomie i z pełnym obrazem sytuacji.
To nie jest odbieranie ludziom pracy. To jest oddawanie im tej jej części, która ma sens. Bo przez sześć dni z siedmiu ci ludzie nie wykorzystywali swojego doświadczenia. Marnowali je na czynności, które nie wymagały żadnego doświadczenia w ogóle.
Kto z nas zatrudnia mądrych ludzi po to, żeby przez większość czasu czegoś szukali?
Który proces w Twojej firmie trwa siedem dni?
Uśmiech tamtego klienta nie był reakcją na obietnicę nowej technologii. Był reakcją na coś prostszego i znacznie głębszego.
Przez lata siedem dni było dla niego stałą. Elementem rzeczywistości, którego się nie kwestionuje, tak jak nie kwestionuje się pogody. A w ciągu jednego pytania ta stała przestała być stałą. Okazała się wyborem, którego nikt świadomie nie podjął, a który przez cały czas kosztował firmę czas, pieniądze i cierpliwość klientów.
To dlatego się uśmiechnął. Nie dlatego, że zobaczył narzędzie. Dlatego, że zobaczył, ile niepotrzebnie tracił.
I to jest pytanie, które zostawiam Tobie. Nie o to, jakiej technologii użyć. Nie o to, który system jest najlepszy. To są pytania na później i znacznie mniej ważne, niż się wydaje.
Pytanie brzmi inaczej.
Który proces w Twojej firmie trwa siedem dni, mimo że pracy jest w nim na dwie godziny?
Gdzie Twoi ludzie szukają tego, co firma już wie, zamiast z tego korzystać?
Gdzie wiedza, którą przez lata wypracowaliście, leży rozsypana tak, że szybciej jest zrobić coś od nowa niż to odnaleźć?
Nie musisz odpowiadać od razu. Tamten klient też nie odpowiedział.
Najpierw się uśmiechnął.
Jeśli ten temat jest bliski Twojej firmie...
Na blogu dzielę się obserwacjami z pracy z przedsiębiorstwami oraz refleksjami dotyczącymi technologii, zarządzania i funkcjonowania organizacji. W wielu firmach podobne zagadnienia pojawiają się jednak nie tylko jako ciekawy temat do dyskusji, ale jako realne wyzwanie związane z rozwojem biznesu.
Jeśli w Twojej firmie pojawiają się pytania dotyczące organizacji procesów, wykorzystania technologii lub kierunku rozwoju projektów informatycznych, możesz skorzystać z mojego wsparcia doradczego.