Jeszcze chwilę. O decyzji, której nikt nie chciał podjąć

Wczoraj graliśmy koncert. Duża publiczność, dobra energia, impreza plenerowa z kilkoma zespołami w programie. Dla nas występ ważny – z tych, na które czeka się tygodniami.

Nieco ponad połowę koncertu udało się zagrać.

Potem nasz wokalista po prostu stracił głos. Zszedł ze sceny, przeprosił, powiedział, że musi tylko odchrząknąć, przepłukać gardło. Poprosił o chwilę.

I ta chwila zaczęła się wydłużać.

Sztafeta nadziei

My na scenie zaczęliśmy improwizować. Minuta. Półtorej. Dwie.

Za kulisy zszedł basista. Wrócił z komunikatem: jeszcze chwilę. Zszedł kolejny instrumentalista. Wrócił z tym samym: prosi o jeszcze chwilę, o cierpliwość.

Zwróć uwagę, co się tutaj wydarzyło. Dwóch ludzi zobaczyło ten sam stan rzeczy. Obaj wrócili nie z diagnozą, tylko z nadzieją. Nie dlatego, że byli ślepi albo naiwni – dlatego, że żaden z nich nie czuł się uprawniony do werdyktu. Werdykt był nieprzyjemny, więc łatwiej było przynieść na scenę słowa wokalisty niż własną ocenę sytuacji.

Nazywam to sztafetą nadziei. Kolejne osoby podchodzą do problemu, każda widzi to samo, każda przekazuje dalej wersję optymistyczną – i pałeczka wraca do punktu wyjścia, a decyzji jak nie było, tak nie ma.

Jeśli prowadzisz firmę, znasz ten mechanizm doskonale. Projekt, o którym wszyscy wiedzą, że nie wyjdzie, ale na statusach wciąż jest „żółty”. Klient, który od miesięcy generuje straty, ale „jeszcze się dogadamy”. Pracownik, który sobie nie radzi, ale „dajmy mu jeszcze kwartał”. Wszyscy widzą. Nikt nie decyduje.

A organizacja płaci za każdą minutę zwłoki. U nas tą walutą była improwizująca scena i publiczność, która zaczynała czuć, że coś jest nie tak.

Zszedłem sam

W końcu zszedłem za kulisy osobiście.

I to była zupełnie inna rozmowa niż relacje, które do mnie docierały. Usłyszałem jego głos – a właściwie to, co z niego zostało. Zobaczyłem, w jakim jest stanie. Decyzja podjęła się właściwie sama, w kilka sekund: kończymy koncert. Poszedłem do organizatora i przekazałem wprost – nie dogramy do końca, zamykamy nasz występ na tym etapie.

Dwie relacje z drugiej ręki nie wystarczyły do podjęcia decyzji. Trzydzieści sekund przy źródle wystarczyło aż nadto.

W Toyocie nazywają to genchi genbutsu – idź i zobacz sam. Ja wolę wersję z własnego podwórka: pewnych decyzji nie da się podjąć na podstawie tego, co ktoś przyniósł zza kulis. Właściciel, który zarządza wyłącznie przez raporty i statusy, zawsze będzie decydował wolniej i gorzej niż ten, który w krytycznym momencie sam zejdzie na halę, sam zadzwoni do niezadowolonego klienta, sam usiądzie obok handlowca przy rozmowie.

Nie chodzi o mikrozarządzanie. Pisałem już, że mikrozarządzanie to symptom, nie metoda. Chodzi o coś odwrotnego: o świadomość, że raport jest zawsze interpretacją, a interpretacja po drodze łagodnieje. Każdy pośrednik w łańcuchu informacji odejmuje trochę powagi i dodaje trochę nadziei. Im więcej ogniw, tym różowszy obraz dociera na górę.

Są decyzje, które wolno podjąć z raportu. I są takie, które wymagają zejścia za kulisy.

Decyzja zła dla nas, dobra dla całości

Teraz najtrudniejsza część tej historii. Decyzja o zakończeniu koncertu była dla nas jednoznacznie niekorzystna. Ważny występ, rozbawiona publiczność, dobra passa – i my sami ją przerywamy.

Ale spójrzmy szerzej. Po nas miał grać kolejny zespół. Impreza miała swój program, organizator swoją odpowiedzialność, publiczność swój wieczór. Szybka, jednoznaczna informacja – kończymy, scena jest wasza – pozwoliła płynnie przejść dalej. Publiczność właściwie nie zauważyła, że wydarzyła się awaria. Wieczór płynął.

Gdybyśmy przeciągali, gdybyśmy próbowali „jeszcze chwilę” ratować nasz odcinek, zepsulibyśmy nie tylko własny występ, ale kawałek całej imprezy.

To jest klasyczny konflikt optymalizacji lokalnej z globalną – tyle że przećwiczony na żywo. W firmach wygląda tak: dział broni swojego wyniku, swojego budżetu, swojego projektu, nawet gdy z perspektywy całości należałoby ten odcinek zamknąć i przekierować zasoby tam, gdzie płyną. Kierownik, który potrafi powiedzieć „zamykamy nasz kawałek, żeby całość szła dalej”, jest w organizacjach gatunkiem rzadkim – bo systemy premiowe, ambicje i lojalność wobec własnego zespołu ciągną w drugą stronę.

Paradoks polega na tym, że to właśnie taka decyzja buduje pozycję. Jestem przekonany, że u organizatora zyskaliśmy tym więcej, niż zyskalibyśmy dogranym na siłę, kulejącym koncertem. Bo pokazaliśmy coś cenniejszego niż repertuar: że można na nas polegać, gdy sprawy idą źle.

Test drabiny oblany na żywo

Jest w tej historii jeszcze jedna warstwa i nie zamierzam przed nią uciekać.

Miesiąc temu pisałem o teście drabiny – o tym, że firmy budują procesy na dobre czasy, a pojedynczy punkt zależności ujawnia się dopiero wtedy, gdy kluczowa osoba wypada z obiegu. Radziłem: wypisz procesy, w których ktoś jest niezastąpiony, i przygotuj osobę, która może go zastąpić.

A potem stanąłem na scenie i obejrzałem ten scenariusz na własne oczy. Nasz wokalista jest liderem zespołu i jedynym głosem prowadzącym. Gdy go zabrakło, żaden z nas nie mógł go zastąpić. Koncert się skończył.

Konsultant, który diagnozuje pojedyncze punkty zależności u klientów, oblał własny test drabiny przy pełnej sali.

Piszę o tym, bo taka jest prawda i bo płynie z niej wniosek ważniejszy niż komfort autora. Odporność organizacji ma dwie warstwy, nie jedną. Pierwsza to profilaktyka: duplikacja kompetencji, zastępowalność, procesy, które działają także w złych czasach. O tym był test drabiny. Ale jest jeszcze druga warstwa, o której mówi się rzadziej: co robisz w momencie, gdy profilaktyka zawiodła. Bo kiedyś zawiedzie. Żaden plan nie pokrywa wszystkiego.

I w tej drugiej warstwie liczą się dokładnie trzy rzeczy, które przećwiczyliśmy wczoraj. Ktoś musi przerwać sztafetę nadziei i wziąć decyzję na siebie. Ta decyzja musi zapaść przy źródle, nie na podstawie trzeciej parafrazy. I musi uwzględniać całość systemu, nie tylko własny odcinek.

Kto w Twojej firmie schodzi za kulisy

Przełóżmy to na Twoją firmę.

Gdy dzieje się coś złego – klient eskaluje, wdrożenie się sypie, kluczowy człowiek wypada – kto u Ciebie schodzi za kulisy? Kto ma jednocześnie prawo i odwagę powiedzieć „kończymy, zmieniamy plan”, zanim organizacja przepali kolejne godziny na podtrzymywanie fikcji, że zaraz będzie dobrze?

Jeśli odpowiedź brzmi „wszystko i tak trafia do mnie” – masz problem z pierwszej warstwy, wróć do testu drabiny. Jeśli odpowiedź brzmi „nie wiem, chyba nikt” – masz problem z drugiej warstwy i wyjdzie on w najgorszym możliwym momencie, przy pełnej sali.

Wokalistę leczymy, zespół gra dalej. A ja z tego wieczoru zabieram jedno zdanie, które zostanie ze mną na dłużej.

Nadzieja przynoszona zza kulis to nie informacja. Decyzja podjęta przy źródle – to jest informacja.

Jeśli ten temat jest bliski Twojej firmie...

Na blogu dzielę się obserwacjami z pracy z przedsiębiorstwami oraz refleksjami dotyczącymi technologii, zarządzania i funkcjonowania organizacji. W wielu firmach podobne zagadnienia pojawiają się jednak nie tylko jako ciekawy temat do dyskusji, ale jako realne wyzwanie związane z rozwojem biznesu.

Jeśli w Twojej firmie pojawiają się pytania dotyczące organizacji procesów, wykorzystania technologii lub kierunku rozwoju projektów informatycznych, możesz skorzystać z mojego wsparcia doradczego.

Sprawdź, jak mogę pomóc Twojej firmie
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koniecznie przeczytaj także