Agent AI jako audytor mimochodem

Firma postanawia wdrożyć agenta AI. Cel prosty i rozsądny: automatyczna obsługa zapytań ofertowych. Przychodzi mail od klienta, agent ma go przeczytać, zebrać dane, przygotować wstępną wycenę do akceptacji handlowca. Nic wielkiego. Proces jak proces – dzieje się w firmie kilkanaście razy dziennie od wielu lat.

Zaczynamy od rzeczy najbardziej oczywistej na świecie. Proszę: opiszcie mi ten proces. Krok po kroku. Skąd agent ma wziąć dane, według jakich reguł wycenić, kiedy przekazać sprawę człowiekowi.

I wtedy robi się cicho.

Bo okazuje się, że nikt w firmie nie potrafi tego zrobić. Handlowiec mówi: to zależy. Od czego zależy? No, od klienta. Od tego, czy stały. Od tego, co ostatnio brał. Czasem od tego, kto akurat wycenia, bo Tomek liczy inaczej niż Magda. Marża? Widełki są, ale tak naprawdę to wyczucie. A kiedy sprawa idzie do szefa? Jak jest duża. Duża, czyli jaka? No… duża.

Po dwóch godzinach takiej rozmowy na tablicy jest dwadzieścia strzałek, z czego siedem „to zależy” i trzy miejsca, w których dwie osoby robiące to samo od lat patrzą na siebie ze zdziwieniem, bo właśnie odkryły, że robią to inaczej.

Agent jeszcze nie napisał ani jednej oferty. A już zrobił w firmie audyt.

Maszyna nie przyjmuje „to zależy”

Przez lata firmy mogły żyć z procesami trzymanymi w głowach i regułami na wyczucie, bo odbiorcą procesu był człowiek. A człowiek jest genialnym kompensatorem: domyśli się, dopyta (albo nie), uzupełni lukę doświadczeniem, obejdzie absurd zdrowym rozsądkiem. Ludzie każdego dnia niewidzialnie łatają dziury w procesach – pisałem o tym przy okazji procesu cienia, tego prawdziwego sposobu działania firmy, który istnieje obok wersji oficjalnej.

Agent AI tej kurtuazji nie ma. Żeby mu przekazać proces, trzeba ten proces wypowiedzieć do końca: wejścia, reguły, wyjątki, granice, zasady przekazywania spraw do decyzji człowieka. Każde „to zależy” trzeba rozłożyć na „od czego konkretnie i jak”. Każde „zwykle” trzeba zamienić na regułę albo świadomie zostawić człowiekowi.

I to jest moment prawdy, którego większość firm nigdy wcześniej nie przeszła. Bo procedury pisze się na ogólnym poziomie i odkłada na półkę – papier przyjmie wszystko. Ale specyfikacja dla agenta wszystkiego nie przyjmie. Wdrożenie AI to pierwszy raz, kiedy firma musi opisać swój proces tak precyzyjnie, że opis albo działa, albo nie.

Mówiąc wprost: agent wymusza szczerość, na którą dotąd nie zdobył się żaden wewnętrzny przegląd procedur.

Co wychodzi na tablicy

Po kilkunastu takich wdrożeniach widzę powtarzalny wzór odkryć. Prawie zawsze wychodzą cztery rzeczy.

Po pierwsze, ten sam proces istnieje w kilku wersjach. Tomek liczy inaczej niż Magda – i obie wersje jakoś działają, więc nikt nigdy nie zapytał, która jest właściwa. Dopóki odbiorcą był klient, różnice ginęły w szumie. Przy specyfikacji dla agenta trzeba wybrać. I nagle firma po raz pierwszy podejmuje decyzję, którą nieświadomie odkładała latami.

Po drugie, część reguł nie istnieje. Jest tylko wyczucie konkretnej osoby. To cenna informacja podwójnie: pokazuje, gdzie firma jest zależna od pojedynczego człowieka – dokładnie w duchu testu drabiny – i gdzie decyzje są nieprzewidywalne także dla klientów, bo wynik zależy od tego, kto akurat siedzi przy biurku.

Po trzecie, wychodzą kroki, których nikt nie umie uzasadnić. Raport, którego nikt nie czyta. Akceptacja, która nigdy niczego nie zatrzymała. Przepisywanie danych między systemami, bo tak było od zawsze. Przy człowieku te kroki kosztowały niewidzialnie. Przy specyfikacji dla agenta ktoś w końcu zadaje pytanie: a po co to w ogóle jest?

I po czwarte – najciekawsze – wychodzą decyzje, które firma podejmuje, nie wiedząc, że je podejmuje. Kolejność obsługi zapytań. To, którym klientom odpuszcza się formalności. To, kiedy cena jest „do ruszenia”. Nikt tych decyzji nie zaprojektował, a one codziennie kształtują marżę i relacje. Specyfikacja wyciąga je na światło i po raz pierwszy ktoś może zapytać: czy my tak chcemy?

Lustro, nie tylko robotnik

Stąd teza, którą stawiam z pełnym przekonaniem: w pierwszym wdrożeniu AI automatyzacja bywa dopiero drugą najcenniejszą rzeczą, jaką firma dostaje.

Pierwszą jest to, że firma po raz pierwszy zobaczyła własny proces w całości. Z wersjami, wyjątkami, martwymi krokami i decyzjami podejmowanymi mimochodem. AI działa tu jak lustro – a lustra nie da się oszukać ogólnikami, bo ogólniki po prostu nie uruchomią agenta.

Widzę to po tym, co firmy robią z tą wiedzą. Regularnie zdarza się, że w trakcie przygotowania do wdrożenia firma upraszcza proces tak bardzo, że część planowanej automatyzacji przestaje być potrzebna – bo kroki, które miały być zautomatyzowane, okazały się zbędne w ogóle. To najlepszy możliwy wynik: najtańsza automatyzacja to automatyzacja kroku, którego nie ma.

I odwrotna strona tego samego medalu, ważna przestroga: jeśli ktoś obiecuje wdrożenie agenta bez tej fazy – bez rozmów, tablicy i niewygodnych pytań – to znaczy, że zautomatyzuje proces oficjalny, ten z dokumentacji. Czyli fikcję. A prawdziwa praca popłynie obok, jak płynęła, i za pół roku usłyszysz, że „AI się u nas nie przyjęło”. To nie AI się nie przyjęło. Bo przyjąć się nie miało do czego.

Jak z tego skorzystać, nawet jeśli nie wdrażasz AI

Na koniec praktyka – i to taka, która nie wymaga ani agenta, ani konsultanta, ani budżetu.

Wybierz jeden powtarzalny proces w swojej firmie. Zbierz dwie, trzy osoby, które go wykonują, i zróbcie wspólnie proste ćwiczenie: opiszcie ten proces tak, jakbyście mieli go przekazać agentowi AI. Nie człowiekowi, który się domyśli, ale maszynie, która nie przyjmie „to zależy”. Każda reguła wypowiedziana do końca. Każdy wyjątek nazwany. Jasno określone, kiedy sprawa trafia do przełożonego – z konkretną granicą, na przykład kwotą zamówienia, a nie „wtedy, jak jest duża”.

Nazywam to testem agenta i traktuję jak młodszego brata testu drabiny. Tamten sprawdza, czy proces przeżyje utratę człowieka. Ten sprawdza, czy proces w ogóle istnieje – czy jest systemem, czy tylko zbiorem nawyków kilku osób.

Zapisuj wszystko, co wypłynie: różnice między wykonawcami, decyzje podejmowane na wyczucie albo mimochodem, kroki bez uzasadnienia. Po dwóch godzinach będziesz miał listę usprawnień, jakiej nie dałby niejeden płatny przegląd.

A jeśli kiedyś zdecydujesz się na wdrożenie agenta – większość roboty przygotowawczej masz z głowy. Jeśli się nie zdecydujesz, też wygrywasz: masz proces, który wreszcie ktoś zobaczył w całości.

Bo z AI jest trochę jak z gościem, który pierwszy raz przychodzi do Twojego domu. Dopiero jego spojrzenie pozwala zobaczyć rzeczy, obok których sam przechodzisz codziennie od lat.

Tyle że ten gość zostaje, pracuje – i nie przyjmuje „to zależy”.

Jeśli ten temat jest bliski Twojej firmie...

Na blogu dzielę się obserwacjami z pracy z przedsiębiorstwami oraz refleksjami dotyczącymi technologii, zarządzania i funkcjonowania organizacji. W wielu firmach podobne zagadnienia pojawiają się jednak nie tylko jako ciekawy temat do dyskusji, ale jako realne wyzwanie związane z rozwojem biznesu.

Jeśli w Twojej firmie pojawiają się pytania dotyczące organizacji procesów, wykorzystania technologii lub kierunku rozwoju projektów informatycznych, możesz skorzystać z mojego wsparcia doradczego.

Sprawdź, jak mogę pomóc Twojej firmie
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koniecznie przeczytaj także