Gdy sukces schodzi na drugi plan. O pomaganiu sobie w biznesie

Na finiszu zawodów triathlonowych WTCS wydarzyło się coś, co do dziś wraca w rozmowach o sporcie, rywalizacji i wartościach. Alistair Brownlee był skrajnie wyczerpany. Organizm odmówił posłuszeństwa dosłownie kilka metrów przed metą. W tym momencie Jonathan Brownlee, jego brat, zamiast walczyć wyłącznie o własny wynik, podtrzymał go, poprowadził i pomógł ukończyć bieg.

Ten obraz został z nami nie dlatego, że był spektakularny sportowo. Został, bo dotknął czegoś znacznie głębszego. Pokazał, że czasem największym zwycięstwem nie jest miejsce na podium, ale decyzja, by w kluczowym momencie być dla drugiego człowieka.

I dokładnie ten sam mechanizm widzę w biznesie.

Biznes to maraton, nie samotny sprint

W teorii biznes lubi opowieści o indywidualnych zwycięzcach. O liderach, którzy „dowozili” wszystko sami. W praktyce większość firm to długodystansowy bieg zespołowy, w którym prędzej czy później ktoś słabnie. Choroba, problemy rodzinne, kryzys psychiczny, przeciążenie odpowiedzialnością. To się po prostu zdarza.

Wtedy pojawia się pytanie: czy gramy tylko na własny wynik, czy potrafimy na chwilę zwolnić, żeby ktoś inny mógł dotrzeć do mety?

Gdy wspólnik musi zniknąć na rok

Znam historię dwóch wspólników, którzy budowali firmę ramię w ramię. W pewnym momencie wydarzyło się coś, czego nie da się zaplanować w żadnym biznesplanie. Dziecko jednego z nich poważnie zachorowało. Na tyle poważnie, że przez ponad rok ten wspólnik musiał praktycznie całkowicie odciąć się od obowiązków zawodowych.

Drugi wspólnik przejął całość odpowiedzialności. Operację, decyzje, presję. Bez pretensji, bez liczenia godzin, bez „rozliczymy to później”. Rozumiał, że są momenty, w których biznes musi zejść na drugi plan.

Po powrocie wszystko wróciło do równowagi. Obowiązki zostały ponownie podzielone, współpraca toczyła się dalej, jakby ta przerwa była naturalnym elementem wspólnej drogi. Nie było rachunków krzywd. Było zaufanie, które w praktyce okazało się fundamentem trwalszym niż jakakolwiek umowa.

Choroba, szpital i firma w lepszej kondycji niż wcześniej

Inna historia dotyczy spółki, w której jeden ze wspólników ciężko zachorował i trafił do szpitala na kilka miesięcy. Drugi wspólnik bez wahania przejął jego obowiązki. Prowadził firmę operacyjnie, podejmował decyzje, brał na siebie ciężar codzienności.

Co ciekawe, ta sytuacja zadziałała też na zespół. Pracownicy zobaczyli odpowiedzialność, spokój i konsekwencję. Zjednoczyli się wokół firmy, pomogli przetrwać trudny okres. Gdy chory wspólnik wrócił, zastał organizację w bardzo dobrej kondycji. Stabilną, poukładaną i silniejszą relacyjnie niż wcześniej.

To nie był cud. To był efekt postawy, w której liczy się coś więcej niż krótkoterminowy wynik.

Pomoc zamiast sądu

Wiele razy obserwowałem też sytuacje pomiędzy firmami. Jedna ma zobowiązania wobec drugiej. Teoretycznie wszystko jest jasne: umowa, terminy, pieniądze. A jednak strony decydują się nie iść do sądu. Widzą, że partner znalazł się w tarapatach. Wybierają rozmowę, czas, wsparcie.

Z jednej strony jest nadzieja na poprawę sytuacji i spłatę zobowiązania. Z drugiej coś znacznie cenniejszego: utrzymanie relacji, zaufania i możliwości dalszej współpracy. Często to właśnie takie decyzje procentują po latach, gdy okazuje się, że relacja przetrwała kryzys, a nie rozpadła się przy pierwszym problemie z płynnością.

Co łączy triathlon i doradztwo biznesowe

Historia braci Brownlee działa na wyobraźnię, bo jest czysta i czytelna. Ale w biznesie mechanizm jest dokładnie ten sam. Firmy, wspólnicy i zespoły nie wygrywają dlatego, że nigdy nie mają słabszych momentów. Wygrywają dlatego, że potrafią się nawzajem przez te momenty przeprowadzić.

Z perspektywy doradczej widzę to bardzo wyraźnie. Najlepiej funkcjonujące organizacje to nie te, które są „twarde”, lecz te, które są odporne. Mają procesy, zastępowalność, zaufanie i dojrzałość decyzyjną. Wiedzą, że czasem trzeba pomóc komuś do mety, nawet jeśli chwilowo oznacza to wolniejsze tempo.

Bo w długim biegu biznesowym najczęściej wygrywają ci, którzy biegną razem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koniecznie przeczytaj także