Spis treści
Ostatnio wpadło mi w ręce pojęcie „Miracle Morning”. Z początku potraktowałem je jak kolejny trend z internetu – trochę jak bieganie o 5 rano albo picie zielonych koktajli z topinamburem (niby zdrowe, ale nie każdy chce próbować). A jednak szybko okazało się, że za tą koncepcją stoi coś ciekawszego.
Nigdy nie stosowałem „praktyk porannych” w wersji podręcznikowej. Nie medytowałem, nie pisałem pamiętnika, nie wizualizowałem swojej przyszłości jak bohater filmów motywacyjnych. Co najwyżej miałem okres, w którym zaczynałem dzień od szklanki ciepłej wody. Zdarza mi się zrobić rano kilka ćwiczeń. A memy mówią, że jestem istotą nieobliczalną, bo wstaję po pierwszym budziku.

Moje poranki są więc zwyczajne. A jednak coś mnie w tej koncepcji zaciekawiło.
Na czym polega „Miracle Morning”?
Autorem idei jest Hal Elrod, który podzielił poranne praktyki na sześć elementów, określanych skrótem SAVERS. Każdy z nich działa na inny obszar życia – trochę jak zestaw narzędzi, dzięki którym masz zacząć dzień bardziej świadomie niż na autopilocie.
S – Silence (cisza, oddech, medytacja)
A – Affirmations (afirmacje)
V – Visualization (wizualizacja celów)
E – Exercise (ruch)
R – Reading (czytanie)
S – Scribing (pisanie, journaling)
Brzmi jak rytuał dla mnicha z Himalajów, ale sedno jest bardzo proste:
Zacznij dzień od siebie, zanim świat zacznie czegoś od Ciebie oczekiwać.
Dlaczego ludzie to stosują?
Nie dlatego, że to magiczna metoda, która zmieni życie jak za dotknięciem różdżki.
Ludzie stosują Miracle Morning, bo daje im czas na świadomy początek dnia.
Czas, w którym nie ma telefonów, maili, spotkań, oczekiwań.
Jest tylko przestrzeń dla siebie – i to właśnie ta przestrzeń robi różnicę.
W świecie, w którym każdy dzień zaczyna się od pośpiechu, taka chwila potrafi przestawić głowę na zupełnie inny tor.
Mój poranek kontra Miracle Morning
Im więcej o tym czytałem, tym bardziej widziałem, że część tych założeń… już stosuję. Nie nazywam tego medytacją, afirmacją czy pracą z intencją. Po prostu – robię swoje.
Wstaję wcześnie i bez zebrania rady nadzorczej. Czasem ćwiczę. Czasem piję wodę z cytryną. Ale nie czytam rano, nie piszę, nie „wizualizuję przyszłości”. Nigdy nie miałem takiego rytuału.
A jednak idea, żeby zrobić coś tylko dla siebie zanim świat włączy tryb „awaryjny”, zaczęła do mnie trafiać.
Miracle Morning dla zwykłych ludzi
Największą pułapką tej metody jest przekonanie, że trzeba zacząć robić wszystko naraz: medytować, wizualizować, biegać, czytać, pisać i jeszcze uśmiechać się do słońca.
Tymczasem to może być jedna praktyka.
Trzy minuty ciszy.
Pięć oddechów.
Dziesięć stron książki.
Kwadrans bez telefonu.
Chodzi o to, żeby poranek nie zaczynał się od chaosu, tylko od świadomego wyboru.
10 stron dziennie – mało? Właśnie o to chodzi
Elrod mówi o praktyce czytania każdego ranka. Nie chodzi o godzinę dziennie.
Chodzi o nawyk. O najmniejszy możliwy krok.
Bo jeśli każdego dnia przeczytasz tylko 10 stron, to w ciągu roku daje to 3650 stron.
To około 20 książek rocznie.
Dwadzieścia książek.
Dwadzieścia perspektyw.
Dwadzieścia nowych idei.
Nie ma fizycznej możliwości, żeby to nie zmieniło Twojego życia.
Jeśli czytasz mądre rzeczy, Twój mózg pracuje inaczej.
Zaczynasz podejmować inne decyzje.
Inaczej patrzysz na świat.
Inaczej prowadzisz firmę.
To efekt małych kroków, które w długim okresie uruchamiają wielką zmianę.
Co daje poranek, który naprawdę należy do Ciebie?
Dla jednych to spokój, który potem procentuje przez cały dzień.
Dla innych – poczucie kontroli.
Dla kolejnych – energia i motywacja.
Ale ważniejsze jest coś innego:
Taki poranek uczy, że dzień można zacząć świadomie, a nie w reakcji na bodźce z zewnątrz.
Możesz zacząć od ciszy, zanim wpadniesz w hałas.
Od myśli, zanim wpadniesz w obowiązki.
Od siebie, zanim wpadniesz w oczekiwania innych.
Czy warto spróbować?
Nie twierdzę, że Miracle Morning to złoty eliksir sukcesu.
Nie twierdzę, że każdy ma teraz medytować i pisać pamiętnik.
Ale twierdzę, że są w tym założeniu dwie rzeczy, które mają sens:
Świadomy początek dnia
i
małe kroki prowadzące do dużych efektów.
Poranek nie musi być idealny.
Ma być Twój.
A jeśli dzięki niemu przeczytasz 20 książek rocznie, zadbasz o ruch, złapiesz oddech, uporządkujesz myśli – to trudno o lepszą inwestycję.
Cudowny poranek nie musi być idealny
Miracle Morning nie jest magią.
Jest decyzją.
Decyzją, żeby dzień zacząć w sposób, który daje Ci siłę, klarowność i spokój.
Nie musisz zmieniać całego życia.
Wystarczy zmienić kawałek poranka.
Może dla Ciebie ten cud będzie wyglądał inaczej niż w książce. Może nie będzie medytacji ani afirmacji. Ale będzie 10 stron książki. Albo szklanka wody. Albo trzy minuty ciszy.
A to wystarczy, żeby dzień był inny.
A czasem – żeby inne stało się całe życie.