Spis treści
- Dlaczego historia o Johnie Wayne’ie tak dobrze się „sprzedaje”
- Keanu Reeves i brak jednej wielkiej historii
- Dlaczego biznes nie lubi takich opowieści
- Wartości w prezentacji a wartości w działaniu
- Mit jednego gestu kontra siła konsekwencji
- Dlaczego jedne historie trzeba sprawdzać, a innym się wierzy
- Prawdziwa lekcja z tej historii
- Osobista refleksja na koniec
Przeczytałem ostatnio w internecie ciekawą historię. Jej bohaterem był John Wayne.
O małej wiejskiej szkole. O liście od nauczycielki. O projektorze filmowym wysłanym bez rozgłosu. O gwieździe Hollywood, która zrobiła „to, co należało”.
Historia była piękna. Ciepła. Idealnie domknięta.
I – jak się okazało – niemal na pewno nieprawdziwa.
Nie piszę tego, żeby ją deprecjonować. Wręcz przeciwnie.
Ta opowieść działała dokładnie tak, jak miała działać: poruszała emocje, budowała obraz świata, w którym wielkie nazwiska robią małe, ale znaczące rzeczy.
Problem w tym, że w biznesie – podobnie jak w życiu – bardzo łatwo pomylić dobrą historię z prawdą. A jeszcze łatwiej pomylić wartości z ich marketingową wersją.
I właśnie dlatego ta legenda o Johnie Wayne’ie skojarzyła mi się z kimś zupełnie innym. Z Keanu Reevesem.
Dlaczego historia o Johnie Wayne’ie tak dobrze się „sprzedaje”
Bo jest narracyjnie idealna.
Jest jeden list.
Jedna szkoła.
Jeden gest.
Jeden bohater.
To struktura, którą lubimy. Taką historię można opowiedzieć na konferencji, wrzucić na LinkedIna, zamknąć w kilku minutach wystąpienia.
W biznesie robimy dokładnie to samo. Szukamy momentów przełomowych. Jednego zdania, jednej decyzji, jednego ruchu, który wszystko zmienił. Chcemy wierzyć, że sukces – albo przyzwoitość – da się sprowadzić do jednego spektakularnego aktu.
Tyle że rzeczywistość prawie nigdy tak nie działa.
Prawdziwe wartości nie objawiają się w jednym geście. One ujawniają się w powtarzalności.
Keanu Reeves i brak jednej wielkiej historii
Keanu Reeves nie ma swojej wersji „projektora filmowego”.
Nie ma jednego listu, jednego dziecka, jednej szkoły, jednego momentu, który dałoby się opisać w formie wzruszającej anegdoty. Nie ma sceny, którą można by postawić w centrum opowieści.
Jest za to coś znacznie trudniejszego do opowiedzenia.
Wzór zachowania.
Przez lata, a właściwie dekady, powracają te same fakty: anonimowe darowizny na leczenie dzieci chorych na raka, prywatna fundacja, której nie nazwał własnym nazwiskiem, dzielenie się wynagrodzeniem z ekipami technicznymi, brak publicznych deklaracji, brak budowania wizerunku „dobrego człowieka”.
To nie są rzeczy, które robi się raz.
To są rzeczy, które robi się konsekwentnie.
Dlaczego biznes nie lubi takich opowieści
Bo trudno je spuentować.
W biznesie wolimy historie z jasnym morałem: „zrób X, a osiągniesz Y”. Historie Keanu Reevesa nie da się zamknąć w jednym slajdzie ani podsumować prostą lekcją.
Nie było jednego momentu przełomu.
Nie było decyzji ogłoszonej światu.
Nie było konferencji prasowej.
Była za to seria małych, pozornie nieistotnych decyzji, podejmowanych wtedy, gdy nikt nie patrzył.
I to jest coś, co w zarządzaniu często bagatelizujemy.
Wartości w prezentacji a wartości w działaniu
W firmach bardzo często zaczynamy od deklaracji. Definiujemy wartości, zapisujemy je w dokumentach, wieszamy na ścianach, umieszczamy w prezentacjach onboardingowych. Mówimy zespołowi, kim jesteśmy i w co wierzymy.
A potem przychodzi codzienność. Presja. Termin. Wynik. Excel.
I wtedy sprawdzamy, czy tych wartości da się przypadkiem nieco nagiąć.
Keanu Reeves nie zarządzał wartościami jak elementem strategii. On po prostu podejmował kolejne decyzje zgodne z tym, kim jest. Bez potrzeby opowiadania o tym światu.
Mit jednego gestu kontra siła konsekwencji
Historia o Johnie Wayne’ie jest atrakcyjna, bo pokazuje wielki gest i wyraźną puentę. Ma jasnego bohatera i czytelny finał.
Historia Keanu Reevesa jest mniej efektowna, bo nie ma jednego początku ani jednego końca. Nie da się jej opowiedzieć w formie anegdoty przy kawie.
Ale z perspektywy biznesu i przywództwa to właśnie ona jest ciekawsza.
Firmy nie powstają i nie trwają dzięki jednemu gestowi. Budują się przez setki drobnych decyzji: jak traktujesz ludzi, gdy nie ma świadków, gdzie naprawdę oszczędzasz, a gdzie mówisz „nie, tu nie tniemy”, komu dajesz przestrzeń, a komu ją odbierasz.
Dlaczego jedne historie trzeba sprawdzać, a innym się wierzy
Keanu Reeves nigdy nie próbował sprzedać swojej historii. Nie potrzebował jej do budowania marki. Nie opowiadał o niej sam.
To inni złożyli ją z fragmentów: z dokumentów, relacji współpracowników, potwierdzonych faktów. Bez jednego wielkiego momentu, bez legendy.
I to prowadzi do bardzo niewygodnej, ale ważnej obserwacji: jeśli musisz głośno opowiadać światu, jak bardzo jesteś fair, to być może właśnie dlatego musisz to robić.
Prawdziwa lekcja z tej historii
Ta historia nie uczy, żeby robić wielkie, symboliczne gesty. Nie uczy fundowania projektorów ani pisania listów, które dobrze wyglądają w opowieści.
Uczy czegoś znacznie trudniejszego: spójności, cierpliwości i braku potrzeby uznania. Pokazuje, że najbardziej wiarygodne wartości to te, które nigdy nie były planowane jako element narracji.
W świecie, w którym wszystko musi być opowiedziane, zapakowane i sprzedane, to wyjątkowo niewygodna lekcja.
Osobista refleksja na koniec
Legenda o Johnie Wayne’ie jest piękna.
Ale to historia Keanu Reevesa zostaje ze mną na dłużej.
Bo nie opowiada o tym, kim ktoś był na ekranie.
Opowiada o tym, kim był wtedy, gdy nikt nie robił zdjęć.
A w biznesie – dokładnie tak samo jak w życiu – to właśnie wtedy podejmujemy decyzje, które naprawdę nas definiują.