Spis treści
Historia ludzkości zna momenty, które z dzisiejszej perspektywy wyglądają jak ostrzeżenie zapisane grubą czcionką. Jednym z nich jest pożar Biblioteki Aleksandryjskiej. Niezależnie od tego, ile dokładnie zginęło tam zwojów i jak precyzyjnie odtworzymy dziś skalę strat, sens tej historii pozostaje niezmienny: ogromna część wiedzy świata została skupiona w jednym miejscu. Gdy to miejsce zniknęło, zniknęła też wiedza. Według wielu badaczy dopiero epoka renesansu pozwoliła ludzkości wrócić do poziomu poznawczego sprzed tej katastrofy.
To nie jest opowieść wyłącznie o przeszłości. To metafora, która dziś znów staje się boleśnie aktualna.
Jedno miejsce, od którego zależy cały świat
Współczesna gospodarka opiera się na technologii. A technologia opiera się na chipach. W tym kontekście warto spojrzeć na rolę, jaką odgrywa dziś TSMC. Firma ta produkuje ponad 60% wszystkich mikroprocesorów i mikrokontrolerów na świecie. Jeśli zawęzimy perspektywę do najbardziej zaawansowanych technologicznie chipów, sytuacja staje się jeszcze bardziej jednoznaczna – TSMC jest w praktyce jedynym producentem zdolnym do ich wytwarzania.
Co istotne, nawet tacy giganci jak Apple czy Intel nie produkują dziś swoich najbardziej zaawansowanych układów samodzielnie. Projektują je, owszem, ale fizyczną produkcję zlecają właśnie TSMC. Żaden kraj i żadna inna firma, mimo gigantycznych inwestycji i ambicji, nie zbliżyły się technologicznie do poziomu osiągniętego na Tajwanie.
To czyni TSMC liderem. Ale czyni też coś znacznie bardziej niepokojącego – single point of failure dla globalnej gospodarki.
Co jeśli ten jeden punkt zawiedzie?
Wyobraźmy sobie scenariusz, który z różnych powodów przestaje być czystą fantastyką. Kryzys polityczny, konflikt zbrojny, katastrofa naturalna, poważne problemy energetyczne albo długotrwałe zablokowanie łańcuchów dostaw. Jeśli z jakiegokolwiek powodu TSMC przestanie produkować, świat w praktyce zostaje odcięty od nowych chipów.
Nie mówimy tu o problemie jednej branży. Mówimy o IT, medycynie, motoryzacji, telekomunikacji, energetyce, przemyśle obronnym. O sprzęcie diagnostycznym, respiratorach, systemach sterowania ruchem, samochodach, smartfonach, serwerach. Odtworzenie potencjału produkcyjnego TSMC w innym miejscu szacowane jest na wiele lat – często mówi się o dekadzie.
To byłaby technologiczna zapaść na skalę, której współczesny świat jeszcze nie doświadczył. I dokładnie w tym momencie wraca duch Biblioteki Aleksandryjskiej.
Aleksandria w wersji 2.0
Problemem Biblioteki Aleksandryjskiej nie było to, że gromadziła wiedzę. Problemem było to, że gromadziła ją w jednym miejscu. Gdy to miejsce zniknęło, nie było kopii zapasowych, alternatywnych ośrodków, równoległych repozytoriów. Cała cywilizacja zapłaciła za to wysoką cenę.
Dziś robimy bardzo podobny błąd. Skupiamy krytyczną technologię w jednym geograficznym i organizacyjnym punkcie. Różnica polega na tym, że stawka jest jeszcze wyższa, bo zależność technologiczna przenika każdą dziedzinę życia.
I teraz najważniejsze pytanie: co to wszystko ma wspólnego z małym lub średnim biznesem?
Dywersyfikacja zaczyna się znacznie bliżej, niż myślisz
Wielu przedsiębiorców czytając takie historie wzrusza ramionami. „To problem globalny”, „To sprawa rządów”, „To nie moja skala”. A potem okazuje się, że ich własny biznes funkcjonuje dokładnie według tego samego, ryzykownego schematu.
Jeden kluczowy klient odpowiadający za większość przychodów. Jeden dostawca, bez którego firma staje. Jeden handlowiec, który „zna wszystkich”. Jedna platforma sprzedażowa. Jedno źródło leadów. Jeden system, w którym trzymane są wszystkie dane. Jeden właściciel, który ma całą wiedzę w głowie.
Dopóki wszystko działa – jest wygodnie. Efektywnie. Tanio. Problem pojawia się w momencie, gdy ten jeden punkt zawodzi. Klient zmienia strategię. Dostawca podnosi ceny. Pracownik odchodzi. Platforma zmienia algorytm. System przestaje być wspierany. Właściciel choruje albo wypada z gry.
I nagle okazuje się, że biznes, który „dobrze działał”, był w rzeczywistości bardzo kruchy.
Dywersyfikacja to nie paranoja. To dojrzałość
Dywersyfikacja nie polega na robieniu wszystkiego naraz ani na chaotycznym rozpraszaniu uwagi. To świadome projektowanie odporności. To zadawanie sobie niewygodnych pytań zanim zrobi to za nas rzeczywistość.
Co się stanie, jeśli jutro stracę mojego największego klienta? Co jeśli ten jeden kanał sprzedaży przestanie działać? Co jeśli ten kluczowy proces okaże się niemożliwy do utrzymania? Co jeśli ten system technologiczny zostanie wyłączony albo stanie się zbyt drogi?
Firmy, które myślą o dywersyfikacji, nie robią tego dlatego, że są pesymistami. Robią to dlatego, że rozumieją, jak działa świat. Świat nie upada nagle. On pęka w jednym punkcie, który był ignorowany, bo „przecież zawsze działał”.
Mała skala, te same prawa
Nie musisz być globalnym koncernem, żeby wyciągnąć wnioski z historii Aleksandrii czy z dominacji TSMC. Wystarczy, że jesteś przedsiębiorcą. Dywersyfikacja klientów, przychodów, kompetencji, technologii i kanałów dotarcia to nie luksus. To element elementarnej higieny biznesowej.
Tak samo jak robimy kopie zapasowe danych, tak samo powinniśmy robić „kopie zapasowe” naszego modelu biznesowego. Alternatywne scenariusze. Równoległe ścieżki. Plan B, który nie jest tylko hasłem na slajdzie, ale realną możliwością działania.
Historia uczy nas jednego bardzo konsekwentnie: największe straty nie wynikają z braku ambicji, tylko z nadmiernej koncentracji. A Biblioteka Aleksandryjska spłonęła nie dlatego, że była słaba. Spłonęła dlatego, że była jedyna.
I dokładnie tego błędu warto dziś nie powielać – nawet, a może zwłaszcza, we własnym, znacznie mniejszym biznesie.