Czasem zanim nauczysz się walczyć, musisz wyjść na ring. O odważnych decyzjach w biznesie

Jest taki moment w życiu zawodowym, który przychodzi nagle. Bez zapowiedzi. Bez czasu na przygotowanie. Moment, w którym ktoś kładzie przed Tobą propozycję i widzisz jednocześnie dwie rzeczy: ogromną szansę i równie ogromne ryzyko.

Wtedy pojawia się pytanie, które każdy przedsiębiorca, menedżer czy specjalista zna aż za dobrze:
czy ja w ogóle dam radę?

Ten tekst jest właśnie o takim momencie. O decyzji, która z perspektywy rozsądku była absurdalna. A z perspektywy czasu – okazała się jedną z najważniejszych w moim życiu zawodowym.

Cytat, który wiele tłumaczy

Jest zdanie, które doskonale oddaje sens tej historii. Autorem jest Richard Branson:

„Jeśli ktoś oferuje Ci niesamowitą okazję, a Ty nie jesteś pewien, czy dasz radę – zgódź się. A później naucz się, jak to zrobić.”

Kiedyś tego cytatu nie znałem. Nie znałem też internetu w obecnym kształcie. Nie było AI, nie było Google w dzisiejszym znaczeniu, nie było tutoriali na YouTube ani forów pełnych gotowych odpowiedzi. Były książki, dokumentacje i własna głowa.

I była propozycja, która przyszła zdecydowanie za wcześnie.

Młody przedsiębiorca, zbyt duże zlecenie

Ponad 20 lat temu byłem młodym przedsiębiorcą i programistą. Uczyłem się biznesu w biegu. Każdy projekt był jednocześnie zleceniem i poligonem doświadczalnym. Każdy klient był testem, a każda decyzja – lekcją.

Wtedy pojawiła się oferta stworzenia oprogramowania dla firmy Panasonic.

Brzmiało to dumnie. Zbyt dumnie, jak na moje ówczesne możliwości.

Czas realizacji był ekstremalnie krótki. Technologia praktycznie obca. Budżet – mówiąc delikatnie – symboliczny. A odpowiedzialność? Ogromna. Bo za projektem stała marka, której nie można było „prawie dowieźć”.

W normalnych warunkach taka propozycja powinna skończyć się grzecznym „dziękuję, to dla mnie za duże”.

Ale biznes bardzo rzadko dzieje się w normalnych warunkach.

Dlaczego mimo wszystko powiedziałem „tak”

To nie była racjonalna kalkulacja w Excelu. To była decyzja oparta na intuicji i świadomości, że takie okazje nie pojawiają się często.

Budżet był mały, ale brand był ogromny.
Ryzyko było duże, ale potencjalny efekt – nieporównywalny z żadnym innym projektem, który mógłbym wtedy realizować.

Zrozumiałem jedną rzecz: nawet jeśli ten projekt będzie finansowo średni, to jego wartość wizerunkowa i kompetencyjna może być bezcenna.

Powiedziałem „tak”.

I w tym momencie zaczęła się prawdziwa praca.

Nauka pod presją

Nie było planu B. Nie było zaplecza. Nie było zespołu, który mógłby mnie wyręczyć. Była odpowiedzialność i deadline, który nie interesował się tym, czy jestem gotowy.

Uczyłem się technologii w trybie ekstremalnym. Dni i noce przestały mieć znaczenie. Sen stał się luksusem, a weekendy pojęciem abstrakcyjnym. Każdy problem trzeba było rozwiązać samodzielnie. Każdy błąd kosztował mnie czas, nerwy i kolejne godziny pracy.

To nie była romantyczna historia o startupowej pasji. To był maraton na granicy wytrzymałości.

Ale projekt dowiozłem.

Co wydarzyło się później

Ten jeden projekt uruchomił efekt domina. Panasonic stał się referencją, która otwierała drzwi tam, gdzie wcześniej były zamknięte. Pojawiły się kolejne kontrakty, kolejne projekty, kolejne firmy – często międzynarodowe – które potrzebowały dokładnie tej technologii, której nauczyłem się właśnie wtedy.

Kompetencje zdobyte w tym jednym, ekstremalnym projekcie procentowały przez lata. Nie tylko finansowo. Przede wszystkim mentalnie. Zbudowały we mnie przekonanie, że granica „nie umiem” jest znacznie dalej, niż nam się wydaje.

Ciemna strona takich decyzji

I teraz bardzo ważna rzecz.

To podejście nie jest uniwersalne. Nie zawsze kończy się sukcesem. Czasem kończy się wypaleniem, problemami zdrowotnymi, finansowymi, a czasem nawet upadkiem firmy.

Mówienie „tak” na wszystko to nie odwaga. To brawura.

Granica między świadomym ryzykiem a nieodpowiedzialnością jest cienka. I łatwo ją przekroczyć, zwłaszcza gdy adrenalina i ambicja biorą górę nad chłodną oceną sytuacji.

Z perspektywy czasu wiem, że takie decyzje mają sens tylko wtedy, gdy rozumiesz stawkę, akceptujesz koszt i bierzesz pełną odpowiedzialność za konsekwencje. Nie tylko te pozytywne.

Rozwój nie dzieje się w komforcie

Jedno jednak pozostaje niezmienne. Największe skoki rozwojowe w biznesie, karierze i życiu rzadko dzieją się wtedy, gdy czujemy się w pełni gotowi.

Komfort usypia czujność. Stabilizacja często prowadzi do stagnacji. A stagnacja w biznesie jest tylko pozornym spokojem przed problemami.

To nie znaczy, że trzeba żyć w permanentnym chaosie. Ale oznacza, że czasem warto podjąć decyzję, która nas przeraża. Nie dlatego, że jest modna. Nie dlatego, że ktoś tak powiedział. Tylko dlatego, że intuicyjnie czujemy, że to może być moment, który zmieni trajektorię.

Czasem warto. Czasem nie.

Gdybym wtedy, ponad 20 lat temu, odmówił – moje życie zawodowe wyglądałoby dziś zupełnie inaczej. Być może spokojniej. Być może bezpieczniej. Ale na pewno ubożej o doświadczenia, które zbudowały mnie jako przedsiębiorcę.

Dlatego ten cytat Bransona traktuję dziś nie jako uniwersalną receptę, ale jako przypomnienie: kompetencje bardzo często rodzą się po decyzji, a nie przed nią.

Sztuką nie jest mówić „tak” zawsze.
Sztuką jest wiedzieć, kiedy to „tak” może być punktem zwrotnym.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koniecznie przeczytaj także